Relacja z obozu
Data : 2009-07-31 10:19:21 Autor : Raczadam
Dzień 1 -poniedziałek- 13.07.2009
Ulica Paryskich, na której mieści się ośrodek „Stopex”, znajduje się na mapach od kilku zaledwie miesięcy, dla części obozowiczów odnalezienie jej okazało się więc pierwszym wyzwaniem obozu. Po drobnych komplikacjach wszyscy dotarli jednak na miejsce w godzinach obiadowych. Zakwaterowano nas w pokojach czteroosobowych. Po rozpakowaniu mieliśmy czas, by poznać się lepiej, część z obozowiczów reprezentowała inne kluby, miasta, a nawet sporty walki. Po obiedzie przyszedł czas na pierwszy trening, w dużym stopniu potraktowany przez trenera jako powtórkowy, a dla osób nie mających wcześniej do czynienia z Muaythai stanowiący pewien wstęp do dalszych treningów.
Wieczorem, przy kolacji zapoznaliśmy się z planem zajęć na następne dni.
Dzień 2 –wtorek- 14.07.2009
Zaczęliśmy treningi. Trener z Tajlandii Pracha Somchan „AEG” słynie ze skutecznej walki w klinczu i na szkolenie tego, wciąż słabo opracowanego w Europie elementu położył on duży nacisk. Popołudniami odbywały się natomiast treningi nastawione na walkę w dystansie i lekkie sparingi utrwalające poznane techniki.
Na miejsce treningów trzeba było dobiec lub, ewentualnie, dojść szybkim marszem, co stanowiło dla nas dodatkową rozgrzewkę :)
Ćwiczyliśmy w sporej, klimatyzowanej sali, pod czujnym okiem Masutatsu Oyamy, patrzącym na nas z portretu :)
Wieczorem na tych, którzy jeszcze mieli siłę i chęć do ćwiczeń czekała siłownia i sala z ringiem bokserskim.
Dzień 3 –środa- 15.07.2009
Wieczorem odkryliśmy „sekret” ośrodka :). Niewielkie, przeszklone pomieszczenie na tyłach budynku kryło saunę i jacuzzi...
To był zdecydowanie jeden z najprzyjemniejszych wieczorów na obozie, a pierwsze zakwasy i siniaki znikały jak ręką odjął.
Dzień 4 –czwartek- 16.07.2009
Trening, trening i jeszcze raz trening..
Trener AEG pod czujnych okiem (uchem?) uczestników obozu przyswajał kolejne polski słówka.. nie wiadomo dlaczego nie wszystkie cieszyły naszego trenera Rafała ;)
Dzień 5 –piątek- 17.07.2009
Być w Zakopanem i nie pójść w góry to byłby wstyd, dlatego w piątek we wczesnych godzinach przedpołudniowych wyruszyliśmy na szlak. Wystartowaliśmy z Gubałówki, a celem był Kasprowy Wierch, jednak aby wrócić do ośrodka przed nocą zmuszeni byliśmy zmienić trochę nasz plan. Ostatecznie osiągnęliśmy schronisko „Murowaniec” i stamtąd, po chwili odpoczynku, wymaszerowaliśmy z powrotem. Droga zajęła nam dobrych kilka godzin, więc kiedy wreszcie udało nam się znaleźć panią, która po krótkich „negocjacjach” postanowiła zawieźć nas wszystkich pod sam ośrodek, towarzyszył temu ogólny aplauz. Tego dnia światła w pokojach pogasły jakoś szybciej..
Dzień 6 –sobota- 18.07.2009
Kolejny dzień spędzony na treningach: rano klincz, po południu dystans.
Mimo zmęczenia piątkową wyprawą, wciąż spora była grupa „biegaczy”. Ci mniej gorliwi przyjęli więc rolę ich osobistych tragarzy, nosząc torby i plecaki ze sprzętem.
Wracając z popołudniowego treningu wpadliśmy na radosny i jakże „rozsądny” pomysł, aby całą grupą wykąpać się w lodowatym potoku, a nawet zrobić w nim serię pompek. Całą akcję postanowiliśmy uwiecznić kamerą.
W ośrodku okazuje się jednak, że nasze poświęcenie było daremne, gdyż kamerujący nas kolega pomylił się, nagrywając wszystko.. aż do momentu wskoczenia do wody!
Cóż.. jutro też jest dzień :)
Wieczorem po raz kolejny relaksowaliśmy się w saunie po trudach ostatnich dni.
Na wieczór zaplanowany był także grill, jednak plany te pokrzyżował nam deszcz, po raz kolejny wylądowaliśmy więc na stołówce w towarzystwie pani Ewy (kelnerki) i jej koleżanek. Niewielu zdawało się to jednak bardzo przeszkadzać;)
Dzień 7 –niedziela- 19.07.2009
Powitał nas pochmurny, deszczowy poranek, do tego niedziela, można więc było pospać dłużej. Po śniadaniu większość z nas ruszyła na Krupówki po pamiątki i oscypki. Podobno znaleźli się i tacy, których widziano w KFC, są to jednak informacje niepotwierdzone :)
Po zmroku wypuszczamy w niebo tradycyjne tajskie latarnie z papieru. Podobno
te z nich, które wzlatują nie płonąc, mają moc spełniania życzeń..
Dzień 8 –poniedziałek- 20.07.2009
Poranny rozruch i oba treningi przebiegły bez większych zmian, za to późnym popołudniem pogada postanowiła wynagrodzić nam pochmurną niedzielą i udało się wreszcie rozpalić grill!
W niektórych obozowiczach zbudził się tego dnia prawdziwy kulinarny talent, czego owocem był m.in. pyszny czosnkowy dip – zabójca wampirów:)
Po kolacji czekała już na nas sauna, a w niej relaks w oparach sosnowego olejku. Prawie można było zapomnieć, że to obóz sportowy...
Dzień 9 –wtorek- 21.07.2009
..Prawie, gdyż rano jak zwykle przypomniał nam o tym poranny rozruch... Po śniadaniu trening na sali, gdzie powtórzyliśmy i utrwaliliśmy techniki prezentowane podczas trwania całego obozu.
Po obiedzie część grupy ruszyła na wojnę :) Okazało się bowiem, że na wyposażeniu ośrodka znajduje się sprzęt do gry w PAINTBALL, pozostało więc tylko wynająć pole i.. ruszać!
Pozostałą, bardziej pacyfistycznie (bądź leniwie ;)) nastawiona część obozowiczów udała się na spacer, oglądając m.in. Wielką Krokiew.
Po kolacji odwiedziliśmy po raz ostatni ring, gdzie zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia oraz gdzie odbył się ostatni sparing pt. „trener AEG kontra reszta świata”. Tym razem poza zwichrzoną fryzurą AEG’a obyło się bez większych ofiar:)
Ostatnie dwa dni to także czas nauki tradycyjnego tajskiego rytuału WAI KRU, tańczonego przed każdą walką.
Dzień 10 –środa- 22.07.2009
Dziesięć dni upłynęło szybko jak woda w zimnym, górskim potoku :)
Rano zjedliśmy „pożegnalne” śniadanie, posprzątaliśmy i tak zawsze czyste pokoje i spotkaliśmy się po raz ostatni, by podziękować trenerom i sobie nawzajem za ten wspólnie spędzony czas. Każdy z obozowiczów otrzymał koszulkę i pamiątkowy certyfikat, pięknie wykaligrafowany przez naszą koleżankę, zaprezentowany został też rapowany „hymn obozu”;)
Nadszedł czas pożegnania i odjazdów do domów.. do zobaczenia na treningu i następnym obozie.
Sawadee Kha!
Dominika Bugaj










